Najpierw Bran – zamek wyrastający ze skały nad dawnym przejściem między Transylwanią a Wołoszczyzną. Trochę historii, trochę legendy i odrobina Draculi – choć prawdziwa historia tego miejsca jest chyba ciekawsza od tej wymyślonej. Zamek był średniowieczną twierdzą i punktem celnym, a później stał się ukochaną rezydencją królowej Marii. (Bran Castle)
U stóp zamku czekała na nas średniowieczna wioska. Byli rzemieślnicy, dawne stroje i praca wykonywana niemal tak jak przed wiekami. Powstała na naszych oczach biżuteria, a Tymoteusz został pasowany na rycerza – od tej chwili wyprawa nabrała już zdecydowanie królewskiego charakteru. 
Potem Brașov – dawne Kronstadt. Rynek otoczony kolorowymi kamienicami, brukowane uliczki i potężna Czarna Katedra, jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta. Chwila na wystawie samochodów, trochę czasu na samodzielne odkrywanie miasta i oczywiście wspólne zdjęcia.
Jeden dzień, a w nim średniowieczna twierdza, rycerz, rzemiosło, królewska historia i tętniący życiem Brașov.
I chyba właśnie za to lubimy takie wyjazdy – historię można przeczytać w podręczniku, ale znacznie lepiej, kiedy można ją zobaczyć, dotknąć i… zostać na chwilę rycerzem. 


Wieczorem – już bez zamków i rycerzy – prawdziwa piłkarska Transylwania. Na stadionie w Sfântu Gheorghe obejrzeliśmy mecz Sepsi OSK – CFR Cluj. Gospodarze wygrali 3:1, więc o emocje było zdecydowanie łatwiej niż o spokojny powrót do hotelu.
