Wycieczka geodetów do czynnej kopalni, czyli prawdziwy underground

Początek    
Zbiórka o godz. 7:15 przed bramą główną kopalni. Wita nas znajoma twarz pana Krzysztofa, który wprowadza grupę na teren zakładu. Przechodzimy przez cechownię (hala zborna załogi) i kierujemy się bezpośrednio do punktu medycznego, gdzie zostajemy poddani badaniu lekarskiemu. Już sam fakt badania wzbudza nasz niepokój. Okazuje się, że zjazd głęboko pod ziemię nie jest dla każdego i wiąże się z pewnym ryzykiem. Na szczęście wszyscy przechodzimy badanie pozytywnie.

Rewia mody
Idziemy się przebrać. Jakież jest nasze zdziwienie, gdy każdy z nas dostaje kompletny strój w kolorze jasnożółtym. „Myślałem, że dostaniemy ubranie w barwach raczej ciemniejszych, przecież zjeżdżamy do kopalni, a nie do piekarni” – słychać szepty podczas przebierania się.
A tak nawiasem mówiąc, pani w łaźni ma nie lada problem z dopasowaniem dla każdego z nas stroju w odpowiednim rozmiarze. Jako dodatek otrzymujemy hełm górniczy oraz szeroki skórzany pas z niewielkim pokrowcem. Hełmu się spodziewamy, ale po co ten pas? Jednak nikt nie zadaje zbędnych pytań. Wiemy, że zaraz wszystko się wyjaśni.

Ekwipunek
Udajemy się do lampiarni – pomieszczenia, gdzie otrzymujemy lampy górnicze. Opiekunowie grupy pomagają nam zainstalować je na hełmach, a baterie wkładają do pokrowca przy skórzanym pasie. Hełm na głowie nie jest już lekką, plastikową czapeczką. Lampa swoje waży. Niedopasowany hełm zaczyna zsuwać się do przodu i uwierać w czoło. Bateria, która waży ok. 1,5 kg, w tej chwili tak nie ciąży, ale zdajemy sobie sprawę z tego, że w miarę upływu czasu będziemy coraz bardziej odczuwali jej ciężar. Dla bezpieczeństwa każdy z nas otrzymuje aparat ucieczkowy SR-60 o masie 4 kg. Nasz ekwipunek waży już w sumie 5,5 kg i musimy go mieć cały czas na sobie.

Oczekiwanie
    W pełni wyposażeni wychodzimy przed budynek, gdzie czeka autobus, który zawozi nas na szyb peryferyjny „Dołki”. Jedzie z nami jeszcze kilka osób. W autobusie panuje milczenie, każdy patrzy zamyślony w okno. Tylko czasem słychać krótką wymianę zdań między pracownikami na temat dzisiejszej roboty. Trwamy w oczekiwaniu na dalszy bieg wydarzeń.

Pierwsze wrażenie
Po przyjeździe na miejsce przechodzimy przez śluzy do budynku nadszybia.
W ciasnym pomieszczeniu pomiędzy metalowymi drzwiami tłoczy się wiele osób. Tylne drzwi się zatrzaskują. Janek, który stoi z przodu, próbuje otworzyć drugie drzwi. Przy pierwszym podejściu napór powietrza na śluzę nie pozwala się pokonać. Z tyłu ktoś mówi: „Chłopie, otwórz tę małą klapę w drzwiach, wyrównaj ciśnienie i śmiało ciągnij! Co, śniadania nie jadłeś?”. Drugie podejście jest już skuteczne i śluza się otwiera. W nozdrzach czujemy stęchłe powietrze wydobywające się z szybu, a w uszach huk pracujących wentylatorów i świst pędzącego powietrza. Zjeżdżamy windą w dół, stłoczeni jak śledzie w puszce. Na jednym piętrze windy o powierzchni niespełna 3 m2 mieści się ok. 12 osób. Coraz słabiej słychać wentylatory, powietrze staje się ciężkie i bardzo wilgotne. Po wyjściu z windy znów odczuwamy na twarzy napór pędzącego powietrza, które zasysane wpada do szybu. Szybko oddalamy się i idziemy w kierunku dworca podziemnej kolejki.

Rollercoaster
Na dworcu czeka na nas podwieszana kolejka podziemna. „O, rollercoaster!”- ktoś woła. Niestety, pojazd niewiele ma wspólnego z wesołym miasteczkiem. Siedzenie w nim znacznie odbiega od komfortu jazdy kolejką górską. Jedziemy powoli, a każde łączenie szyn wyraźnie odczuwają nasze kręgosłupy. Zjeżdżamy korytarzami w głąb kopalni, w ociosach widać czarny węgiel. Powietrze dalej jest wilgotne, ciężkie i ma specyficzny zapach. Po kilkunastu minutach kolejka się zatrzymuje, maszynista krzyczy: „Koniec przyjemności!”. Dalej idziemy z buta – czyli na piechotę.

Ślepe wyrobisko (przodek)
Opiekun grupy informuje nas, że najpierw zwiedzimy przodek, a potem ścianę. Nie bardzo rozumiemy, czym różni się jedno od drugiego, ale po krótkim instruktażu podążamy za nim. Korytarz już nie jest tak szeroki jak te dotychczas. Po lewej stronie pół wyrobiska zajmuje przenośnik taśmowy, który transportuje urobek. Tuż nad nim zabudowana jest wielka rura, dostarczająca powietrze. Drugą część wyrobiska, którą podążamy w dół po nachyleniu ok. 4 stopni, zajmuje kolejka przywożąca potrzebne materiały do drążenia. Robi się coraz cieplej, zaczynamy się nadmiernie pocić. Zużyte powietrze z przodka jest jeszcze cięższe i wraz z pyłem leniwie przesuwa się ku górze. Przechodzimy przez zaporę pyłową, zabezpieczającą przed wybuchem pyłu węglowego. Pył kamienny jest dosłownie wszędzie: na spągu, ociosach i na półkach pod stropem chodnika. Spod naszych stóp unosi się do góry i wypełnia całą przestrzeń wyrobiska. Czujemy go w oczach, nosie i w gardle. Jest biało jak w młynie. Po przejściu zapory pyłowej czeka na nas następna przeszkoda, tym razem zapora wodna. Woda płynąca po spągu miesza się z pyłem, tworząc błoto. Buty, które i tak są niewygodne, teraz (oblepione mazią) stają się dodatkowym ciężarem. Z mozołem brniemy w dół. Po przejściu ok. 500 m docieramy do przodka. Koniec chodnika – skała, a przed nią ogromny kombajn urabiający i czarni od węgla ludzie. Dla nas kombajnista uruchamia na chwilę maszynę i zaczyna urabiać skałę. To niesamowite, z jakim trudem człowiek wydziera naturze jej skarby. Tym razem zrobiło się czarno od pyłu. Pstrykamy parę pamiątkowych fotek w przodku i wychodzimy, nie chcemy przeszkadzać. Wyjście jest jeszcze trudniejsze niż zejście. Pokonywanie kolejnych metrów pod górę sprawia coraz większe trudności. Musimy odpocząć. W suchym miejscu siadamy pod ociosem. Przewodnik każe nam na chwilkę zgasić lampy. To fascynujące, bo widzimy całkowitą czerń, a raczej… nic nie widzimy. Zapalamy lampy i idziemy dalej w kierunku ściany. Cokolwiek to znaczy…

Ściana
Podobnie jak do przodka, podążamy korytarzem w dół. Zauważamy, że tym razem przenośnik taśmowy transportuje znacznie większe ilości węgla. Korytarz nie kończy się jednak litą skałą, a rumowiskiem, tak jakby ktoś zburzył dom. Po lewej widzimy coś podobnego, ale to nie jest korytarz. To wyrobisko, które z jednej strony nie jest zabudowane obudową stalową. Widzimy długą czarną ścianę węgla o wysokości 2,5 m. Z drugiej strony strop podtrzymują wielkie stalowe podpory, pod którymi się przemieszczamy. Za nimi można dojrzeć zawalony strop. Na spągu między podporami a ścianą węgla, z ogromną siłą powoli przesuwają się zgrzebła, które transportują węgiel w kierunku przenośnika taśmowego. Przy dużej ilości urobku wygląda to tak, jakby płynęła czarna rzeka. Dochodzimy do kombajnu. Tutaj maszyna urabiająca jest inna, znacznie większa. Dla nas kombajnista włącza organy urabiające węgiel. Dwa wirujące koła z pazurami o średnicy 1,5 m, wgryzając się w czarną ścianę na głębokość ok. 0,6 m, powoli przesuwają się wzdłuż niej. Duże ilości urobku spadają na zbierające je zgrzebła. Jest czarno od pyłu węglowego i mokro od zraszaczy, które cały czas polewają ścianę wodą. W tym momencie nasze twarze też są czarne.

Wyjście
Opuszczamy ścianę. Brudni, spoceni i zmęczeni gramolimy się ku górze. Z każdym krokiem nabieramy coraz większego szacunku dla pracy górników. Nadsztygar, którego spotykamy po drodze, mówi coś, co utkwi nam w pamięci: „Moi drodzy, tej roboty nie można tak po prostu wykonywać, tę robotę trzeba pokochać lub – w przeciwnym razie – w ogóle się za nią nie brać, bo człowiek nie da jej rady.” Chyba ma rację. W oczekiwaniu na „rollercoaster” przewodnik demonstruje, jaką pracę dla górnictwa wykonują geodeci. Mamy okazję popatrzeć przez lunetę teodolitu. Po czterech godzinach spędzonych pod ziemią wyjeżdżamy na powierzchnię. Jak miło zobaczyć niebo.

Jerzy Kadłubek 🙂   (M.K.)

GALERIA
TECHNIK GEODETA
Skip to content